Menu Zamknij

„Dopóki walczysz, jesteś zwycięzcą” – historia jąkania Marka cz.1

„Bardzo przeżywałem fakt, że ktoś zwracał uwagę na moją mowę, że nazywał to JĄKANIEM. Nie lubiłem, jak ktoś opowiadał kawały na temat jąkania i jąkających się.” Swoją historię opowiada Marek, dziś pierwsza część.

Z relacji moich rodziców wiem, że jąkanie pojawiło się u mnie na początku szkoły podstawowej. Wcześniej tylko sepleniłem. Teraz, po latach, zupełnie inaczej patrzę na jąkanie. Można powiedzieć, że część osób uważa mnie za eksperta od spraw jąkania, prezesa jąkających się.

Początki nie były jednak takie łatwe.. Bardzo przeżywałem fakt, że ktoś zwracał uwagę na moją mowę, że nazywał to JĄKANIEM. Nie lubiłem, jak ktoś opowiadał kawały na temat jąkania i jąkających się. Niektórzy żartownisie mówili: „nie jąkaj się, bo nie ma wiatru.” To bolało. Określenie jąkała nie brzmi pozytywnie. Rodzice przeżywali razem ze mną moje problemy. Mieszkałem w małym miasteczku, w Głuchołazach, gdzie nie spotykałem innych osób jąkających się. Na szczęście, w szkole podstawowej, średniej i wyższej miałem wybitnych nauczycieli pedagogów, którzy nie brali pod uwagę tego, jak mówię. Ważne dla nich było to, co mówię.

Przełom nastąpił, kiedy w moim życiu pojawił się Polski Związek Jąkających się. Pierwszy raz o PZJ dowiedziałem się od mojej Mamy, która w kwietniu 1999 roku słuchała audycji radiowej poświęconej osobom jąkającym się. Oprócz informacji o działalności PZJ znalazła się tam wzmianka o turnusie integracyjno-rehabilitacyjnym, który miał się odbyć w drugiej połowie sierpnia 1999 roku w Ustroniu Morskim. Mama zadzwoniła do radia i podała moje namiary. Przysłano wszelkie potrzebne dokumenty. Załatwiłem sobie dofinansowanie z PCRP i pojechałem na turnus. Wcześniej wysłałem kilka zapytań pocztą elektroniczną do Andrzeja Wójtowicza, ówczesnego prezesa PZJ. Listy zaczynałem zawsze: „Panie Andrzeju lub Szanowny Panie Andrzeju”, gdyż podpis Andrzeja w poczcie „Wujek” obligował mnie do tego. Nie myślałem, że z Andrzejem jesteśmy prawie rówieśnikami.

Na turnusie w Ustroniu Morskim od samego początku było wspaniale. Po raz pierwszy widziałem tak dużo osób jąkających się skupionych w jednym miejscu. Pomimo trudności w mówieniu nie widziałem u nich lęków przed nawiązywaniem kontaktu z nowymi ludźmi. Zawsze wydawało mi się, że mówię źle (otoczenie mnie w tym utwierdzało), ale kiedy zobaczyłem, że inni mówią jeszcze gorzej poczułem się lepiej, pewniej. Ludzie byli otwarci, życzliwi. Byłem bardzo zadowolony z terapii u mgr Wandy Kosteckiej z Lublina. Polegała ona na tym, że na kamerze wideo nagrywano wypowiedź osoby jąkającej się, jej głośne czytanie tekstu i odpowiedzi na pytania zadawane przez terapeutkę. Dodatkowym utrudnieniem dla mnie (i chyba dla większości) był występ przed kamerą, który powodował jeszcze większe napięcie. Następnie w czasie zajęć w grupie terapeutycznej odtwarzaliśmy nagrania poszczególnych osób. Główny zainteresowany siadał na środku, pozostali siedzieli w dużym kole. Prezentowano jego nagranie, w czasie którego widział jak na dłoni wszystkie swoje wady wymowy. Każda osoba sporządzała swoją „górę lodową”, oceniając w ten sposób stan swojej mowy, tzn. na ile ukrywam swoje jąkanie i moja góra jest zanurzona. Następnie spostrzeżenia na temat mojego jąkania zgłaszali koledzy i koleżanki z grupy terapeutycznej. Pamiętam, że wcześniej na uwagi dotyczące mojego jąkania reagowałem źle, denerwowałem się. Kiedy swoje zdanie wyrażali jąkający się reagowałem normalnie: wysłuchiwałem z uwagą i dochodziłem do wniosku, że mają rację. Jąkający są dla siebie najlepszymi terapeutami jąkania. Oprócz tego pani Wanda Kostecka zaprezentowała nam techniki i metody poprawnego oddychania oraz przeciągania samogłosek. Najbardziej byłem zadowolony z metod, które opracowała p. Zofia Engiel, świetna logopedka pracująca we Wrocławiu w latach 70-tych i 80-tych. Pod koniec turnusu w rozmowach z Andrzejem Wójtowiczem dowiedziałem się, że we Wrocławiu, w którym mieszkam od czasu studiów, są osoby jąkające się – członkowie PZJ. Niestety, oprócz turnusów, zjazdów, zabaw sylwestrowych nie spotykają się ze sobą regularnie, systematycznie we Wrocławiu.

Otrzymałem od Andrzeja kontakty do tych osób (telefony, adresy poczty elektronicznej). Miałem za zadanie scalić osoby, gdyż chyba lepiej się spotykać, niż zamknąć się ze swoimi problemami w czterech ścianach. We wrześniu i październiku 1999 roku rozmawiałem telefonicznie lub spotykałem się osobiście z kilkoma osobami. Mówiłem, ze warto by stworzyć coś nowego we Wrocławiu na wzór innych „Klubów J” działających w większych i mniejszych miastach w całej Polsce. Największe zainteresowanie zorganizowaniem czegoś nowego wykazali Tomek Jaśków i Tomek Szmich (tego drugiego poznałem jeszcze w Ustroniu Morskim). Nasze pierwsze spotkania miały charakter luźnych rozmów, odbywały się przeważnie we wrocławskich kawiarniach i pubach.

PODZIEL SIĘ SWOJĄ HISTORIĄ JĄKANIA. PRZEŚLIJ TEKST DO PUBLIKACJI NA ADRES: KONTAKT@DEMOSTENES2.EU

Przeczytaj również

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *