Menu Zamknij

Życie z obcym – historia Guttiego

Trudno jest zacząć opis czegoś, z czym żyję już od tylu lat. Czasami zastanawiam się, czy to nie jakiś obcy siedzi w moim ciele i zmienia moje życie, a raczej je niszczy…

Trudno jest zacząć opis czegoś, z czym żyję już od tylu lat. Czasami zastanawiam się, czy to nie jakiś obcy siedzi w moim ciele i zmienia moje życie, a raczej je niszczy… Jedynie mogę się domyślać, o ile piękniejsze byłoby życie bez tego obcego. Jak bardzo by się zmieniło i jak by się potoczyło. Jesteśmy chodzącą bombą różnego typu kompleksów, które w dużej mierze zmieniły nasze życie i postrzeganie świata. Może i w pewien sposób zmieniło pozytywnie, bo dostrzegamy pewne aspekty, których inni nawet nie są w stabie dostrzec, a może po prostu w swoim własnym, zamkniętym, prywatnym świecie, ze swoimi myślami, które trudno jest nam wyrzucić z siebie, mamy więcej do powiedzenia. Ok. koniec dywagacji na temat naszego obcego, bo każdy kto miał z nim do czynienia, wie o co chodzi. Jedno jest pewne, obcy odbija wielkie piętno na naszym życiu i totalnie je zmienia. A jeszcze bardziej je zmieni, gdy pozbędziemy się go z naszego życia i zaczniemy żyć na nowo. To będzie uczucie jak po latach bezwietrznego dryfowania bez nadziei na ratunek, czy ląd. Gdy nagle w naszym żaglu zagości magiczny podmuch, który doprowadzi nas tam gdzie tylko sterem wskażemy.

Moja historia pewnie nie odbiega znacznie od wcześniejszych już tutaj zamieszczonych, jest tak samo frapująca i zrozumiała dla ludzi z bolączką wady wymowy, czy jakiejkolwiek wady utrudniającej i zmieniającej nasze życie. Urodziłem się jak każdy, byłem zdrowym dzieciakiem, chyba nawet aż za żywiołowym. Obecna medycyna szukając usprawiedliwienia, nazywa to mianem ADHD, lecz niestety końcem mojej radości życia, a zarazem początkiem przygody z obcym był uraz głowy. Niby zwykły upadek z krzesła na głowę, który zakończył się widokiem światełka w tunelu i kilkunastoma szwami na głowie.

Gdy obcy zagościł w moim umyśle i ciele, zaczęło się bieganie z rodzicami po specjalistach, a nawet i po znachorach różnej maści czy treści. Efekt tych wędrówek był taki, że na nowo mówiłem Rrrrr a nie L, wróciło Ż, Ź, Ś, Ć, SZ, CZ, lecz niestety zostało zacinanie. Teraz myślę, że gdyby rodzice nie odpuścili sobie tych zajęć to wtedy pozbyłbym się obcego, póki na dobre się we mnie nie zakorzenił. Ale co ja mogłem wtedy wiedzieć o życiu mając 6 czy 8 lat…

Edukacja jak we wcześniejszych opisach, przebiegała tak samo (nigdy to się nie zmieni, bo kadra nauczycielska nie ma o tym pojęcia). Zawsze obniżane oceny, zawsze niedoceniany, zawsze traktowany gorzej. To standard naszego bytowania z obcym, to nasz taki chyba bonus od życia, zawsze „kopany”. Choć w głowie nadmiar wiedzy – w ustach pustka. Więc czego innego można było by się spodziewać jak nie takiego traktowania?

Nauka wiersza na pamięć parę chwil – super umiem! Lekcja, wstajesz do odpowiedzi, i zamiast „Litwo ojczyzno moja” to… „nie umiem”. Skąd ja to znam, lepsza jedynka w dzienniku i dwa słowa, niż śmiech na twarzach innych. Już nie wspomnę o tych debilnych tekstach: „mów wolniej”, „oddychaj”, „nie denerwuj się”, które działały jak sim-lock na telefon – jeszcze większa blokada. Ciągłe żałosne liczenie na przesuniecie wyroku, który i tak miał nastąpić, jak nie na tej lekcji to następnej. Wyczekiwanie dzwonka i jedna przewodnia myśl – może dziś nie będę pytany. Tak przebiegła moja edukacja w trudzie i obłudzie, że jest super.

Kontakty koleżeńsko – towarzyskie utrudnione zwłaszcza, że mowa i wysławianie swoim myśli jest podstawą do zdrowych i normalnych kontaktów. Bywało trudno i pod górkę, ale trzeba było zaciskać zęby i robić dobrą minę do złej gry. Nie zauważać głupich uśmieszków i tekstów pod swoim adresem, albo starać się je ignorować. Trochę to dziwne, bo choć jestem osobą z wadą wymowy, to podobno ciągle mówię i usta mi się nigdy nie zamykają. Może chcę w ten sposób innym coś udowodnić, a może po prostu mam zawsze coś do powiedzenie i nie potrafię milczeć.

Przez całe życie utwierdzałem się w przekonaniu, że już jestem skazany na swojego obcego, na swój przysłowiowy „krzyż pański”. Może to skutek tego, że jestem realistą, a może tego, że po prostu bałem się pozbyć tego defektu. Wtedy miałbym mega żal do siebie, że nic z tym nie zrobiłem przez te wszystkie lata i musiałem wspinać się z coraz to większym trudem przez życie, mając na swych plecach niby tak banalny dla innych problem z mową.

Lecz gdy stuknęła mi „trójka” z przodu, postanowiłem zmienić swoje życie i po raz pierwszy zrobić coś w tej kwestii. Udałem się na pewne spotkanie czy też wywiad, w którym uczestniczyły osoby z tym samym problemem co mój. Po raz pierwszy spotkałem osoby jąkające i to aż w takiej ilości. Napaliłem się na dwutygodniowy turnus mogący pomóc Mi w pozbyciu się wady wymowy, jak arab na kurs pilotażu. Lecz niestety po jakimś czasie odpuściłem sobie ten wyjazd, czy z racji obawy że to nie ma sensu, a może po prostu z braku czasu. Ale „trójka” z przodu dała mi i tak kopa. Nauczyłem się jeździć na nartach, nauczyłem się pływać, poznałem super kobietę, która obecnie jest już moją drugą połówką przysłowiowego jabłka, a do tego na poważnie zabrałem się za walkę ze swoim obcym, widząc i poznając osoby którzy potrafiły to zrobić. I zaczynam powoli wierzyć, że skoro im udało się pozbyć wady wymowy, to Mi też się powinno udać. Tylko więcej woli walki, dyscypliny wewnętrznej, aby ćwiczyć swój układ mowy przez zestawy ćwiczeń. Tydzień codziennych treningów parogodzinnych i zaczynam widzieć efekty. Może warto uwierzyć w siebie i w niby banalne ćwiczenia.

Gutti

PODZIEL SIĘ SWOJĄ HISTORIĄ. PRZEŚLIJ NAM TEKST NA KONTAKT@DEMOSTENES2.EU

Przeczytaj również

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *