Menu Zamknij

Mistrzyni uników – historia Pauliny

Paulina, lat 20, pierwszy rok studiów. Chyba jak większość z Was zaczęłam się jąkać w wieku 5/6 lat. Na początku zupełnie mi to nie przeszkadzało – wiadomo, ważniejsze było bieganie z innymi dzieciakami po polu (mieszkam w części Polski, w której wychodzi się ‚na pole’, nie ‚na dwór’) i dobra zabawa, a nie zastanawianie się nad tym, dlaczego się jąkam. Sama pewnie nie zwróciłabym uwagi na to, że się zacinam, gdyby nie moja mama, która z uporem zaczęła powtarzać: ‚Uspokój się jak mówisz/ Mów powoli/ Najpierw pomyśl, potem mów/ Myśl o czym mówisz!

Po pewnym czasie zaczęło mnie to bardzo denerwować, więc próbowałam bardziej skupiać się nad tym co mówię w obecności mamy, żeby… nie wiem – nie zawieźć jej? Ale jak mawiają: ‚nadgorliwość gorsza od faszyzmu’… Skutki moich prób były opłakane, chyba nawet zaczęłam się częściej jąkać. Było kilka wizyt u logopedy, kiedy zaczęło mi się poprawiać to wizyty się skończyły, nad czym teraz ubolewam.

W podstawówce większych problemów nie miałam. Jąkałam się, ale nie stanowiło to dla mnie żadnego problemu. Problem, nasilił się w gimnazjum, które ogólnie rzecz biorąc było koszmarem. Owszem, bywały bardzo dobre dni, ale więcej było tych kiepskich. Wtedy zaczęło się unikanie wszystkich sytuacji, które wymagałyby ode mnie powiedzenia czegokolwiek – przestałam odbierać telefony; wizyta u ciotki? – źle się czuję, ale wy jedźcie; udział w apelu? – nie mogę być wtedy w szkole. Nie chodziłam na żadne imprezy, czy też spotkania, bo przecież mogę się zająknąć i co wtedy? Myślę, że brakowało mi dystansu do mojego jąkania i dopiero teraz widzę jak głupia wtedy byłam. Choć nawet teraz bywają dni, kiedy skupiam się na unikaniu wszystkich i wszystkiego.

W czasie pierwszego roku w liceum, po kolejnej zmianie otoczenia, nie miałam większych problemów z mową, co bardzo mnie dziwiło. Problem wrócił w drugiej klasie. Znów były gorsze i lepsze dni. Czasem wręcz tygodniami potrafiłam się nie odzywać, lub tylko zdawkowo odpowiadać na pytania, bo czułam, że jeżeli tylko otworzę usta to zacznę się jąkać.

I tu wysuwa się moja hipoteza na temat jąkania. Może nie u wszystkich tak jest, może jest tak tylko u mnie, dlatego byłabym wdzięczna za jakiś odzew w tej sprawie z Waszej strony :) Czy macie wrażenie, że jeżeli przebywacie z pewnymi osobami bardzo długo, jeżeli długo się z kimś znacie to zaczynacie się bardziej przy tych osobach jąkać? Bo ja mam chyba tak, że lepiej mi się rozmawia z osobami, których nie znam, bo wtedy prawie zupełnie się nie jąkam, a przy dobrych znajomych znów problem wraca…

Po liceum składałam papiery tylko na jeden kierunek studiów, na który koniec końców się nie dostałam. Może to i dobrze? Poszłam do pracy, której jak można się domyśleć panicznie się bałam, bo co jeśli… i tutaj miałam minimalnie 100 pomysłów na to co może się stać, jeśli przypadkiem zdarzy mi się zająknąć. Nic takiego oczywiście się nie stało, moja mowa też się wtedy poprawiła a ja w końcu zaczęłam widzieć, że po części mój problem wynika ze mnie i z mojego nastawienia. Im lepsze mam nastawienie, tym lepsza jest moja mowa.

W październiku zaczęłam studia na kierunku, który chciałam studiować. I znów to samo – na początku nikogo nie znałam i jeżeli zaczęłam nawiązywać rozmowę to nie jąkałam się. Jąkanie wróciło w chwili, kiedy miałam wygłosić prezentację przed grupą około 20 osób. Nie stresowałam się, przed samym wystąpieniem byłam lekko podekscytowana, ale nie czułam lęku. Myślałam, że wszystko będzie w porządku, ale był totalny klops. Prezentacje skróciłam do minimum, nie przedstawiłam połowy zagadnień, które miałam opracowane, wszystko po to, żeby jak najkrócej się kompromitować, bo uznaje że moje wystąpienie było kompromitacją.

Choć dziwne jest to, że wielu z moich znajomych do teraz nie zdaje sobie sprawy z mojego ‚problemu’. Kiedy zaczynam się przy kimś ‚zakręcać’, to ta osoba mówi mi, że jestem urocza (co czasem doprowadza mnie do szewskiej pasji :D), albo udaje, że nic się nie dzieje, albo po prostu żartujemy z moich przejęzyczeń.

W gruncie rzeczy teraz jest już w zasadzie dobrze. Choć wystąpienia publiczne lub prezentacje jakiś referatów, wciąż są dla mnie udręczeniem. Jeżeli trzeba coś przygotować, ja zawsze zgłaszam się ostatnia. Jeżeli trzeba przedstawić jakieś zagadnienie w formie krótkiej prezentacji, zawsze jestem ostatnią chętną.

Czasem wciąż mam takie dni, że widzę na ulicy uśmiechającą się do mnie osobę, a jedyne o czym myślę to to, że może ona do mnie zagadać, może będzie chciała o coś zapytać, a ja wtedy zacznę się jąkać. Czasem mam wrażenie, że jąkanie przejęło kontrolę nad moim życiem. Może nie nad całym, ale są dni, kiedy naprawdę mam ochotę położyć się nad łóżku i zacząć się nad sobą użalać. Innym razem znów wydaję mi się, że pogodziłam się z jąkaniem. Istny rollercoaster myśli.

Co mnie gubi? Na pewno myśl ‚co inni pomyślą, jeśli dowiedzą się że się jąkam?’. To chyba niedorzeczne, bo nie mam większych oporów przed wygłupianiem się, nawet w miejscach publicznych, ale myśl, że ktoś spostrzeże mój problem z mówieniem mnie paraliżuje.

Od jakiegoś czasu zaczęłam czytać różne artykuły na temat jąkania, zapoznaję się z różnymi teoriami na temat jego powstawania i myślę, że moje jąkanie ma podłoże psychiczne (ponoć jest kilka podłoży jąkania). W chwilach w których zupełnie nie myślę o tym, że muszę coś powiedzieć mogę trajkotać jak najęta. Ale im bardziej wkręcam sobie że się zająknę, tym bardziej skupiam się na tym, aby się jednak nie zająknąć, powtarzam w myślach setki razy ‚nie zająknę się’, po czym muszę coś powiedzieć, czuję tę ogarniającą panikę i wtedy zaczynam się jąkać… Błędne koło. Ale jak już wspomniałam – ‚nadgorliwość gorsza od faszyzmu’ :)

PODZIEL SIĘ SWOJĄ HISTORIĄ. PRZEŚLIJ NAM TEKST NA KONTAKT@DEMOSTENES2.EU

Przeczytaj również

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *