Menu Zamknij

A wróżono mi karierę błyskotliwej prezenterki telewizyjnej… – historia Natalii

Witam wszystkich! Mam na imię Natalia i mam prawie 20 lat. Szczerze mówiąc nigdy nie sądziłam że stanę się autorką tego listu, ale nadszedł moment, kiedy muszę przyznać się przed samą sobą: TAK, mam ten problem… i nie jestem w stanie już dłużej tłumić w sobie swoich emocji, dlatego też chciałabym się podzielić swoimi doświadczeniami i spostrzeżeniami z osobami, które jak nikt inny będą w stanie mnie po prostu zrozumieć.

Otóż z jąkaniem zetknęłam się już w okresie wczesnego dzieciństwa, choć nie nazwałabym tego jeszcze wtedy jąkaniem, raczej sporadycznym zacinaniem, a że byłam bardzo wygadanym dzieckiem, nikt zbytnio nie przejmował się faktem, iż raz na jakiś czas zdarzy mi się zablokować, czy powtórzyć dwa razy ten sam wyraz, kiedy wylewam z siebie morze słów. Owszem, moi rodzice od początku trzymali rękę na pulsie i byłam w związku z tym kilka razy u logopedy, ale wszyscy mieli nadzieję, że szybko się tej kłopotliwej przypadłości pozbędę. Tak też się w pewnym sensie stało, ale niestety do czasu. O ile dobrze sobie przypominam, od czwartej klasy podstawowej do końca pierwszej klasy szkoły średniej, wszystko szło gładko jak po maśle w kwestii mojej mowy, mówiłam płynnie, a nawet jeśli jakąś sylabę zdarzyło mi się powtórzyć dwa razy, to było to tak rzadkie zjawisko, że ani ja, ani nikt inny nie zwróciłby na to najmniejszej uwagi. Problemy zaczęły pojawiać się 2 lata temu. Nagle, niespodziewanie, bez żadnej przyczyny przypadłość z dzieciństwa powróciła do mnie ze zdwojoną siłą. Od tamtej też pory wszystko zaczęło się zmieniać. Nie powiem, że stopień mojego jąkania jest na tyle silny, że nie jestem w stanie nigdy normalnie się wypowiedzieć, bo jest różnie, raz potrafię godzinami rozmawiać płynnie, drugi raz ciężko zbudować normalnie jakiekolwiek zdanie, nie wiem tak naprawdę od czego to zależy. Wiem natomiast na pewno, że moje jąkanie przybrało na tyle realną postać, że najczęściej już teraz wstyd mi jest się odezwać z obawy, że w którymś momencie mojej wypowiedzi, nagle wszystko zacznie się sypać…

Na początku się tym za bardzo nie przejmowałam, wydawało mi się, że minie to równie szybko, jak się pojawiło, że kiedy wstanie nowy dzień i rano się obudzę, wszystko znów wróci do normy. Ale tak się nie dzieje, a wręcz przeciwnie, twierdzę że jest coraz gorzej i czym więcej się staram to załagodzić, tym gorsze przynosi to rezultaty. Nie jestem w stanie już swobodnie wypowiadać swoich myśli, muszę się nieustannie kontrolować, analizować najpierw w myślach słowa, które chcę wypowiedzieć. Co więcej, jestem zmuszona ograniczyć swoje wypowiedzi do minimum, co jest dla mnie tym większą katorgą, dlatego że zawsze byłam raczej wielką gadułą. Jednak dla mnie i tak, nawet nie to jest najgorsze. Najgorsze jest to, że teraz moje wypowiedzi często muszę konstruować w sposób prosty, a wręcz prymitywny. Nie mogę za dużo mówić, dlatego też ograniczam się do wypowiadania prostych konstrukcji i krótkich zdań, kiedy w tym samym momencie aż się we mnie wewnętrznie gotuje ze złości i żalu, że nie jestem w stanie oddać do końca tego co mam na myśli. Zawsze lubiłam „ładną mowę”, bez żadnych skrótów, kolokwializmów, moje zdania zawsze były pełne, zgrabne i zrozumiałe. Teraz wypowiadam tylko to, co w danym momencie jestem w stanie wypowiedzieć, ponadto muszę używać różnych synonimów i wyrazów bliskoznacznych, żeby zastąpić je słowami, które czasem w ogóle nie pasują do konstrukcji zdania, ale które odzwierciedlają coś podobnego, co chcę w danej chwili powiedzieć. Wiem, brzmi to jak jakiś totalny kosmos, ale myślę że osoby borykające się z tym problemem, doskonale wiedzą o czym mówię. Jeśli chodzi o moje otoczenie, to sądzę, że nie jest się ono w stanie z tym pogodzić, podobnie jak ja. Rodzice uważają, że wina leży po mojej stronie, bo gdybym mówiła wolniej, nie byłoby żadnego problemu. Ale to nie prawda, nawet kiedy mówię wolno jest podobnie, a przy okazji wygląda to jeszcze bardziej komicznie. Znajomi też nie bardzo rozumieją co się ze mną dzieje, ale całe szczęście (przynajmniej na razie) nie próbują mnie pośpieszać, kończyć za mnie zdania, czy co gorsza apelować o spokojniejszy przekaz. Nie starają się także ze mną na ten temat rozmawiać, choć może to i dobrze, bo byłoby to dla mnie jeszcze większe upokorzenie.

Ta cała sytuacja teraz martwi i gnębi mnie tym bardziej, dlatego że w tym roku wybieram się na studia, zostanę wprowadzona do zupełnie innego miejsca i do zupełnie innych ludzi. Duże miasto, nowe znajomości, wydaje się, idealny moment na rozpoczęcie wszystkiego od nowa. Ale wiem, że od nowa rozpoczną się tylko moje problemy, ponieważ nie wiem jak zaakceptuje moją przypadłość moje nowe środowisko, czy znajdą się ludzie, dla których ważne będzie to jaka jestem, a nie w jaki sposób buduję zdania… I nie chcę tutaj robić z siebie ofiary, bo tak naprawdę się nią nie czuję, zawsze byłam wydaje mi się wyjątkowo silna i nie przejmowałam się zbytnio opinią innych ludzi. Lecz teraz, kiedy będę kroczyć nową samodzielna drogą, kiedy będę kształtowała swoją przyszłość, mam mnóstwo obaw, że przez to złośliwe „coś” co we mnie jest, wszystko zepsuje i nie będę w stanie nic osiągnąć… No bo jak można traktować poważnie osobę, która nie zawsze jest w stanie się wyartykułować, która w dziwny sposób buduje zdania, więc zapewne jest głupia, niewyuczona i brak jej taktu. Te obawy od dłuższego czasu nie dają mi spokoju…

Zastanawiam się nad terapią, ale nie wiem, czy tak naprawdę mają one sens, skoro po pewnym czasie i tak występują nawroty. Ale może jest jakaś nadzieja, jakieś światełko w tunelu… Jestem aktualnie bardzo zdesperowana i zrobiłabym bardzo wiele, aby chociaż trochę to jąkanie załagodzić, ale nie wiem czy terapia to dobry pomysł. Tym bardziej, że ani nie mam na nią specjalnie czasu, a pieniądze też przydałyby się bardziej na studia, niż na terapię, która miałabym nie przynieść żadnych efektów. Nie mam pojęcia co robić, mój stan ducha jest bardzo niespokojny, utknęłam w pewnym martwym punkcie i nie wiem jaki wykonać kolejny krok. Dlatego też z góry przepraszam za pewną chaotyczność mojego listu, która mogła się pojawić.

Jest jeszcze wiele rzeczy, które chciałabym opisać, więc na pewno nie będzie to mój pierwszy i ostatni list, który tutaj zamieszczam. Cieszę się, że znalazłam miejsce, w którym mogą zrzeszać się ludzie mający ten sam przykry problem. Wiem, że nie powinnam narzekać, bo mam wszystko potrzebne do życia, jestem zdrowa i sprawna, jednak Bóg wystawił mnie też na swego rodzaju próbę. A może to kara za to, że kiedyś za dużo mówiłam, być może zbędnych i niepotrzebnych słów… A mówi się, że milczenie jest złotem. To prawda. Ale czasem to złoto jest tak bardzo ciężko dźwigać na swoich samotnych barkach…

PODZIEL SIĘ SWOJĄ HISTORIĄ. PRZEŚLIJ NAM TEKST NA KONTAKT@DEMOSTENES2.EU

Przeczytaj również

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *